sobota, 21 listopada 2009

Łaje, a ty jaje

ŁAJE, A TY JAJE
Dramat w trzech aktach
pozorowany

OSOBY

trzej bracia:
MIKOŁAJ – średniego wzrostu, mściwie rudy, boso
KOMIŁAJ – najwyższy, postawny brunet, bordowe trzewiki
KUBIŁAJ – uroda orientalna, leży (boso)
rytualnie usposobieni
GORĄCA SZARLOTKA – młoda i ponętna blondynka, uszy przebite pinezkami (prawe czerwoną, lewe zieloną). Czarny żakiet, czerwone usta, czarne szpilki.
STĘCHŁA BABKA – nieapetyczna starucha. Siwe kosmyki uciekają jej z koka i wpadają do garnka z jakąś breją, który nosi na pasku przepasanym przez ramię.
GAPIE – przynajmniej dziesięciu, mogą się powtarzać

AKT I

Scena I

Kubiłaj leży na wznak (i na plecach). Mikołaj stoi nad nim, lewa noga tryumfalnie oparta o ciało. Obok Komiłaj pochylony, z piłą ręczną w rękach.

MIKOŁAJ
Więc to tak!

KOMIŁAJ
Jakże tak?

MIKOŁAJ
Wprzódy wspak!

KOMIŁAJ
Dobrze tak?

MIKOŁAJ
To mi w smak!

Tną Kubiłaja wzdłuż. Wyrywa się.

MIKOŁAJ
Leżeć, swołocz!

Leży posłusznie. Czasem jęknie.

KUBIŁAJ

MIKOŁAJ
Ani słowa!

KOMIŁAJ
Moja w tym głowa – he, he.

Przydusza Kubiłaja kolanem

KUBIŁAJ
Nie, nie!

Zamieniają się rolami. Kubiłaj wstaje, Komiłaj lega (legnie?). Mikołaj bierze piłę i kończy cięcie, Kubiłaj przytrzymuje Komiłaja.

KOMIŁAJ
O, zbójcy!

Wygląda, jakby umarł.

MIKOŁAJ
Bujać to my, ale nie nas!

KUBIŁAJ
Mikołaju – już czas.

MIKOŁAJ
odrywa się z niechęcią; grożąco:
Jeszcze się tu przejdziemy!

KOMIŁAJ
Po moim trupie!

MIKOŁAJ
Bynajmniej!

KUBIŁAJ
Chodźmy już.

MIKOŁAJ
Tchórz!

Wychodzą.


Scena II

Pomieszczenie z kominem. Dookołań gapie. Wśród nich Gorąca Szarlotka i Stęchła Babka.

GORĄCA SZARLOTKA
W czas.

STĘCHŁA BABKA
W sam raz.

MIKOŁAJ i KUBIŁAJ
witają się
Z nami, czy bez nas.

STĘCHŁA BABKA
Mikołaju.

MIKOŁAJ
Nie chcę!

GORĄCA SZARLOTKA
Proszę.

MIKOŁAJ
Tylko dla ciebie.

Wchodzi do komina. Ogląda się ostatni raz.

KUBIŁAJ
patrzy z wyczekiwaniem

MIKOŁAJ
symulując wzruszenie
Żegnajcie! Powiedz Komiłajowi...

znika w czeluści

(22.08.2009)
KUBIŁAJ
prawi morał
Przyszłość narodu zdobywa się potem – a zatem pomyślę o tym jutr
o.

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
zachwyt


Opinia krytyka:
Sztuka, której nie powstydziłby się sam Gałczyński, ba, nawet w repertuarze młodego Wyspiańskiego miałaby okazję się pojawić, gdyby tylko jeden z drugim taki talent rozległy mieli. Czuć naleciałości przewrotnego absurdyzmu Witkacego (brak pozostałych aktów) oraz lekki swąd głęboko skrywanego Weltschmerzu (nieuchronne odejście Mikołaja). Echa dekadentyzmu przejawiają się w scenie pierwszej, z początku nieśmiało, skrycie, by w scenie drugiej uderzyć nas z impetem niechcianego brzemienia, jakby niebo waliło nam się na głowę. I w pewnym sensie tak właśnie się dzieje – oto widzimy tłum. Na co czeka tłum? Obecność tłumu zawsze jest niepokojąca. Tłum czeka na Zbawiciela – niezmiennie, naturalnie, odwiecznie skupiony wokół ostatniego bastionu nadziei, jakiego uosobieniem – czy też może raczej urzeczowieniem, paradoksalnie urzeczywistnieniem, a dla czytelnika niewątpliwie urzeczeniem – jest w sztuce komin. Czy komin – czy też: Komin – ma budzić skojarzenia z Kominternem? Znajduje się wszak w centrum wydarzeń, podlega emocjom ludu, jest obiektem silnych uczuć – jest również tworem człowieka, niezaprzeczalnie nosi w sobie gros możliwości – ale czy jest nadzieją, która może dać rezultat? Czy przyniesie plon ogólnej szczęśliwości – co w zamierzeniu było celem komunizmu – czy też raczej zgarnie śmiertelne żniwo - - wiemy przecież, jak to było. A gdyby tak spojrzeć na komin nie jak na obietnicę, ale jak na jej spełnienie? Oto Bóg zesłał Komin – oto wrota do nowego życia – nowych możliwości – próg wielkiej tajemnicy. Do ludu tedy należy DECYZJA, jakie kroki podjąć. Lud jednak nie potrafi decydować – litości, jest tylko ludem – tradycyjnie więc los ogółu leży w rękach (a właściwie stopach) jednostki. Zdeptany los świata. Trzech braci rywalizuje o przywilej – nad dwoma z nich ciąży fatum rodem z antycznej tragedii. Jeden z nich musi zginąć, by drugi mógł przekroczyć granicę między znanym a nieznanym. Trzeci, no cóż, trzeci stoi i patrzy – pamiętając słowa Miltona, on również służy jakiemuś wyższemu celowi. Można by stwierdzić, iż jest bierny; czy tak jest w rzeczywistości? A czym jest rzeczywistość? Z początku bracia nie wiedzą, którego z nich czeka śmierć, a którego życie – Mikołaj z Komiłajem, demoniczny duet, próbują wypełnić przeznaczenie – okazuje się jednak, że miejsce Kubiłaja należy do Komiłaja – okrutny żart losu przewraca cały dotychczasowy porządek do góry nogami. Prawdziwa przewrotność sztuki polega jednak na tym, iż do końca nie wiemy, jaki los czeka każdego z braci – Mikołaj znika i nie wiemy, co dalej. Komiłaja opuszczamy, gdy dycha jeszcze – czy wstanie? Czy zginie? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Podobnie Komiłaj – zapomniawszy o swych ranach, zapomniawszy o uczuciach, kibicuje Mikołajowi na ścieżce jego przeznaczenia, by po jego odejściu stoczyć się w koleiny apatii i dolinę komunałów. Jego przyszłość może być wieloraka, wydaje się jednak z góry przegrany, pogodzony z losem, bierny wobec niego, bierny wobec świata i narodu.
Stęchła Babka onieśmiela, przeraża, jej monumentalny garniec z breją zachodzi w podświadomość widza jak drzazga - z początku, wydawać by się mogło, pic na wodę, już po chwili jednak odczuwamy z jego powodu pewien niedosyt, niedosyt bólu, żądamy wozu bądź przewozu, uwolnienia od wizji lub jej pełnego doświadczenia. Wobec bólu nie pozostajemy bierni - dostrzegamy jego (kotła; ale i bólu) monumentalność, nieodłączność, wieloznaczną jednoznaczność. Gorąca Szarlotka – uwięziona u boku staruchy, jej wierna, choć nie z wyboru, towarzyszka, niejako dziesiąta woda po kisielu, reprezentuje spętaną rozwiązłość Zachodu, wyzywające jej kolczyki i ubiór zdają się wywrzaskiwać pretensje wobec bezsensu istnienia, wobec Mikołaja jest ona jednak pełna czułości, afekcji wręcz. Czy dlatego, że wie, iż dla ich przeszłości nie ma przyszłości? A może to dla ich przyszłości nie ma przeszłości, wspólnego mianownika, ujmując sprawę metaforycznie: czekoladowego budyniu, który mogliby spożyć razem, gdzieś, kiedyś, w starej rzeczywistości, do której ona nie ma wstępu, a z której on zrezygnował, zanim cokolwiek okazało się prawdą? Czy rozdziela ich mnogość znaków zapytania, czy cokolwiek ich rozdziela, czy może są jednością, a wszystko dookoła fraszką jeno, śpiewaną sobie a muzom bez wyraźnej przyczyny? Co łączy, a co dzieli. Co powstaje, a co znika. Tak ważkich tematów nie ważyłby się w swej twórczości podjąć żaden z rodzimych twórców, współczesnych czy minionych.
Nawet ja, krytyk idealny, nie potrafię w swej małości zinterpretować należycie zakończenia – co chciał przekazać Komiłajowi Mikołaj? Czy udawał tylko wzruszenie? A może to kolejna zagadka, wyzwanie dla czytelnika? A co, jeśli życie całe jest tylko zagadką, nigdy – znaczeniem?

krytyk utonął w maśle


dopisane zostało: koniec.

czwartek, 19 listopada 2009

Jokes for Jerks (1)

When is an objective correlative an objective predicative?
When Eliot doesn't object.

Asterix & Obstetrix

wtorek, 17 listopada 2009

the charms of descriptive grammar


The more boring it gets, the more creative you get. And by you I probably mean me.

Also, apart from pursuing my artistic skills in the waiting-room of an allegedly renown 80-something-year-old doctoress (out with 'she-doctors'!), I've become some sort of a lost property office recently. It hasn't even been full two weeks since I found X's* poster (and semi-successfully returned it) and what should I find on a Monday morning like yesterday's? Yes! Indeed! A watch! I have no idea what to think about it. It seems it wasn't even properly lost, it was put down on my desk for some reason and then um... failed to be reclaimed by its rightful owner? (Well, at least in Latin you can go passive with everything) Anyway, strange business. I've put up a notice, but, truth be known*, I shouldn't have taken the watch. It must have a bug. It must be now recording for posterity how far my obsession with Modest Mouse has gone. I suppose it is disappointing to find out I don't really talk to myself, 'cept for some nasty swearwords I'm likely to blurt on occasion.

(Do people who are full of beans spill the beans more often than people who don't know beans about being full of beans? This is a subject open to debate which you will not, of course, pick up.) (and should dots be inside or outside brackets? And should I start a sentence in the brackets with a capital letter? And how should I then presume? And how should I begin?)

Oh! And while on the subject - 'The Family Reunion' is not nearly as good as I had presumed, although it has its moments. Even if Eliot sometimes fails to deliver, it's always worth reading for the wails and the shiver. (or tails to the liver. faints to the fever. saints and the quiver. Erm... alright, it ceased to be impressive.)

[you will need it one day]

*protecting etc. Actually, I shouldn't, since I was promised jellies in return for returning the lost property and so far received nothing but thanks. (hence 'semi-') Thanks! I can't feed my children with thanks, now, can I! And since I've already skipped so many of my German classes, it follows I must be pregnant. (I guess it's not Harry, it's Frau W. who knows better)

*yes I love showing off with newly-learnt words and expressions!


But how can I explain, how can I explain to you?
You will understand less after I have explained it.
All that I could hope to make you understand
Is only events: not what has happened.
And people to whom nothing has ever happened
Cannot understand the unimportance of events.

I can only speak
And you cannot hear me. I can only speak
So you may not think I conceal an explanation,
And to tell you that I would have liked to explain.

zło czai się wszędzie

That's just not right. But what can you do.

piątek, 13 listopada 2009

niedziela, 1 listopada 2009

obamowe halołin


KONKURS! podpisz obrazek. Ja nie mam siły.