Dramat w trzech aktach
pozorowany
OSOBY
trzej bracia:
MIKOŁAJ – średniego wzrostu, mściwie rudy, boso
KOMIŁAJ – najwyższy, postawny brunet, bordowe trzewiki
KUBIŁAJ – uroda orientalna, leży (boso)
rytualnie usposobieni
GORĄCA SZARLOTKA – młoda i ponętna blondynka, uszy przebite pinezkami (prawe czerwoną, lewe zieloną). Czarny żakiet, czerwone usta, czarne szpilki.
STĘCHŁA BABKA – nieapetyczna starucha. Siwe kosmyki uciekają jej z koka i wpadają do garnka z jakąś breją, który nosi na pasku przepasanym przez ramię.
GAPIE – przynajmniej dziesięciu, mogą się powtarzać
Scena I
Kubiłaj leży na wznak (i na plecach). Mikołaj stoi nad nim, lewa noga tryumfalnie oparta o ciało. Obok Komiłaj pochylony, z piłą ręczną w rękach.
MIKOŁAJ
Więc to tak!
KOMIŁAJ
Jakże tak?
MIKOŁAJ
Wprzódy wspak!
KOMIŁAJ
Dobrze tak?
MIKOŁAJ
To mi w smak!
Tną Kubiłaja wzdłuż. Wyrywa się.
MIKOŁAJ
Leżeć, swołocz!
Leży posłusznie. Czasem jęknie.
KUBIŁAJ
MIKOŁAJ
Ani słowa!
KOMIŁAJ
Moja w tym głowa – he, he.
Przydusza Kubiłaja kolanem
KUBIŁAJ
Nie, nie!
Zamieniają się rolami. Kubiłaj wstaje, Komiłaj lega (legnie?). Mikołaj bierze piłę i kończy cięcie, Kubiłaj przytrzymuje Komiłaja.
KOMIŁAJ
O, zbójcy!
Wygląda, jakby umarł.
MIKOŁAJ
Bujać to my, ale nie nas!
KUBIŁAJ
Mikołaju – już czas.
MIKOŁAJ
odrywa się z niechęcią; grożąco:
Jeszcze się tu przejdziemy!
KOMIŁAJ
Po moim trupie!
MIKOŁAJ
Bynajmniej!
KUBIŁAJ
Chodźmy już.
MIKOŁAJ
Tchórz!
Wychodzą.
Scena II
Pomieszczenie z kominem. Dookołań gapie. Wśród nich Gorąca Szarlotka i Stęchła Babka.
GORĄCA SZARLOTKA
W czas.
STĘCHŁA BABKA
W sam raz.
MIKOŁAJ i KUBIŁAJ
witają się
Z nami, czy bez nas.
STĘCHŁA BABKA
Mikołaju.
MIKOŁAJ
Nie chcę!
GORĄCA SZARLOTKA
Proszę.
MIKOŁAJ
Tylko dla ciebie.
Wchodzi do komina. Ogląda się ostatni raz.
KUBIŁAJ
patrzy z wyczekiwaniem
MIKOŁAJ
symulując wzruszenie
Żegnajcie! Powiedz Komiłajowi...
znika w czeluści
(22.08.2009)
prawi morał
Przyszłość narodu zdobywa się potem – a zatem pomyślę o tym jutr
o.
KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
zachwyt
Opinia krytyka:
Sztuka, której nie powstydziłby się sam Gałczyński, ba, nawet w repertuarze młodego Wyspiańskiego miałaby okazję się pojawić, gdyby tylko jeden z drugim taki talent rozległy mieli. Czuć naleciałości przewrotnego absurdyzmu Witkacego (brak pozostałych aktów) oraz lekki swąd głęboko skrywanego Weltschmerzu (nieuchronne odejście Mikołaja). Echa dekadentyzmu przejawiają się w scenie pierwszej, z początku nieśmiało, skrycie, by w scenie drugiej uderzyć nas z impetem niechcianego brzemienia, jakby niebo waliło nam się na głowę. I w pewnym sensie tak właśnie się dzieje – oto widzimy tłum. Na co czeka tłum? Obecność tłumu zawsze jest niepokojąca. Tłum czeka na Zbawiciela – niezmiennie, naturalnie, odwiecznie skupiony wokół ostatniego bastionu nadziei, jakiego uosobieniem – czy też może raczej urzeczowieniem, paradoksalnie urzeczywistnieniem, a dla czytelnika niewątpliwie urzeczeniem – jest w sztuce komin. Czy komin – czy też: Komin – ma budzić skojarzenia z Kominternem? Znajduje się wszak w centrum wydarzeń, podlega emocjom ludu, jest obiektem silnych uczuć – jest również tworem człowieka, niezaprzeczalnie nosi w sobie gros możliwości – ale czy jest nadzieją, która może dać rezultat? Czy przyniesie plon ogólnej szczęśliwości – co w zamierzeniu było celem komunizmu – czy też raczej zgarnie śmiertelne żniwo - - wiemy przecież, jak to było. A gdyby tak spojrzeć na komin nie jak na obietnicę, ale jak na jej spełnienie? Oto Bóg zesłał Komin – oto wrota do nowego życia – nowych możliwości – próg wielkiej tajemnicy. Do ludu tedy należy DECYZJA, jakie kroki podjąć. Lud jednak nie potrafi decydować – litości, jest tylko ludem – tradycyjnie więc los ogółu leży w rękach (a właściwie stopach) jednostki. Zdeptany los świata. Trzech braci rywalizuje o przywilej – nad dwoma z nich ciąży fatum rodem z antycznej tragedii. Jeden z nich musi zginąć, by drugi mógł przekroczyć granicę między znanym a nieznanym. Trzeci, no cóż, trzeci stoi i patrzy – pamiętając słowa Miltona, on również służy jakiemuś wyższemu celowi. Można by stwierdzić, iż jest bierny; czy tak jest w rzeczywistości? A czym jest rzeczywistość? Z początku bracia nie wiedzą, którego z nich czeka śmierć, a którego życie – Mikołaj z Komiłajem, demoniczny duet, próbują wypełnić przeznaczenie – okazuje się jednak, że miejsce Kubiłaja należy do Komiłaja – okrutny żart losu przewraca cały dotychczasowy porządek do góry nogami. Prawdziwa przewrotność sztuki polega jednak na tym, iż do końca nie wiemy, jaki los czeka każdego z braci – Mikołaj znika i nie wiemy, co dalej. Komiłaja opuszczamy, gdy dycha jeszcze – czy wstanie? Czy zginie? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Podobnie Komiłaj – zapomniawszy o swych ranach, zapomniawszy o uczuciach, kibicuje Mikołajowi na ścieżce jego przeznaczenia, by po jego odejściu stoczyć się w koleiny apatii i dolinę komunałów. Jego przyszłość może być wieloraka, wydaje się jednak z góry przegrany, pogodzony z losem, bierny wobec niego, bierny wobec świata i narodu.
Stęchła Babka onieśmiela, przeraża, jej monumentalny garniec z breją zachodzi w podświadomość widza jak drzazga - z początku, wydawać by się mogło, pic na wodę, już po chwili jednak odczuwamy z jego powodu pewien niedosyt, niedosyt bólu, żądamy wozu bądź przewozu, uwolnienia od wizji lub jej pełnego doświadczenia. Wobec bólu nie pozostajemy bierni - dostrzegamy jego (kotła; ale i bólu) monumentalność, nieodłączność, wieloznaczną jednoznaczność. Gorąca Szarlotka – uwięziona u boku staruchy, jej wierna, choć nie z wyboru, towarzyszka, niejako dziesiąta woda po kisielu, reprezentuje spętaną rozwiązłość Zachodu, wyzywające jej kolczyki i ubiór zdają się wywrzaskiwać pretensje wobec bezsensu istnienia, wobec Mikołaja jest ona jednak pełna czułości, afekcji wręcz. Czy dlatego, że wie, iż dla ich przeszłości nie ma przyszłości? A może to dla ich przyszłości nie ma przeszłości, wspólnego mianownika, ujmując sprawę metaforycznie: czekoladowego budyniu, który mogliby spożyć razem, gdzieś, kiedyś, w starej rzeczywistości, do której ona nie ma wstępu, a z której on zrezygnował, zanim cokolwiek okazało się prawdą? Czy rozdziela ich mnogość znaków zapytania, czy cokolwiek ich rozdziela, czy może są jednością, a wszystko dookoła fraszką jeno, śpiewaną sobie a muzom bez wyraźnej przyczyny? Co łączy, a co dzieli. Co powstaje, a co znika. Tak ważkich tematów nie ważyłby się w swej twórczości podjąć żaden z rodzimych twórców, współczesnych czy minionych.
Nawet ja, krytyk idealny, nie potrafię w swej małości zinterpretować należycie zakończenia – co chciał przekazać Komiłajowi Mikołaj? Czy udawał tylko wzruszenie? A może to kolejna zagadka, wyzwanie dla czytelnika? A co, jeśli życie całe jest tylko zagadką, nigdy – znaczeniem?
krytyk utonął w maśle
dopisane zostało: koniec.

hihi, 's gut!
OdpowiedzUsuń